VCF.pl - Strona Główna
Panel użytkownika załóż konto przypomnienie hasła
RSS RSS

VALENCIA CF – AKTUALNOŚCI

Historia pewnego wyjazdu

Redakcja, 28.08.2013; 17:55

Relacja z wycieczki do Walencji

Statystycznemu turyście wakacje w Hiszpanii kojarzą się z plażą, słońcem, morzem, niektórzy zapaleńcy korzystają z możliwości, by zwiedzić miasta bogate w zabytki związane z rzymską, arabską i chrześcijańską historią tego kraju. Dla kibica liczy się jednak przede wszystkim fakt, że w drugiej połowie sierpnia zaczyna swoje rozgrywki Primera Division – pisze Marcin Kwiatek, brat Łukasza Kwiatka, byłego redaktora VCF.PL, który wraz z małżonką, Anną, udał się w roli dziennikarza na pierwszy mecz Valencii w nowym sezonie i spełnił marzenie każdego fana Nietoperzy.

Wstępny rekonesans pod stadionem przeprowadziliśmy około 19. Przed kasami ustawiały się kolejki kibiców chcących zdobyć wejściówki na mecz, dzięki czemu już wtedy można było odczuć przedsmak rozpoczynającego się sezonu. Po krótkiej wizycie w klubowym sklepie przyszła pora na zdobycie pierwszej ważnej informacji – od której godziny można odebrać akredytację. Niestety żadnych przedstawicieli klubu nie było jeszcze na miejscu, pozostało więc zasięgnąć języka wśród kogoś z kibiców. Wybór padł na dwóch chłopaków rozwieszających plakaty przy kasach. Usłyszawszy pytanie: O której można odebrać akredytację?, jeden z nich spojrzał na nas z powątpiewaniem. Akredytację czy raczej bilet? – zapytał, ponieważ z aparatem, plecakiem i siatką z zakupami z pobliskiego marketu raczej nie wyglądaliśmy na poważnych dziennikarzy… Akredytację – powtórzyłem zdecydowanie. W odpowiedzi usłyszałem, że około 21. Postanowiliśmy więc wrócić do hostelu i spokojnie przygotować się do meczu.

O 21 ruszyliśmy na stadion i po 10 minutach spaceru byliśmy na miejscu. Niestety troszkę za późno, ponieważ gdy dochodziliśmy do celu, obok nas przejechał klubowy autobus z piłkarzami. Wśród kibiców zgromadzonych już tłumnie wokół stadionu zapanowało lekkie podniecenie, a niektórzy, dość nieśmiało, zaczęli klaskać. Oczywiście nie udało nam się już podejść bliżej autobusu, nie pozostało więc nic innego jak zdobyć wreszcie upragnioną akredytacje i wejść na Mestalla. Powołując się na VCF.PL poprosiliśmy o wydanie legitymacji. Pagina web polaca, si, si – powiedział pracownik biura prasowego wręczając nam dwie, dość rozczarowujące w formie, ale za to bezcenne akredytacje. Teraz można było już wejść na stadion. Po drodze kilka pytań do ochrony dotyczących bramki, przez którą mamy przejść (podstawowa znajomość hiszpańskiego, a szczególnie magiczne sformułowanie „para prensa” okazały się bezcenne), drobiazgowe sprawdzenie zgodności nazwisk wpisanych na akredytacji z danymi w naszych dokumentach tożsamości, kontrola czy nie wnosimy żadnych niebezpiecznych przedmiotów, i wreszcie można było udać się na poszukiwanie loży dla dziennikarzy (choć jak się wkrótce okazało, określenie loża nie bardzo pasowało do tego miejsca). Ponieważ trybuna prasowa była jeszcze zamknięta, skupiliśmy się na obserwacji tego, co działo się przed stadionem. A zaczynało się dziać coraz więcej. Z minuty na minutę pod Mestalla gromadziło się coraz więcej kibiców ubranych w koszulki Valencii z szalikami, flagami itp. Przyjazdowi autobusu z piłkarzami Malagi towarzyszyły głośne gwizdy. Wreszcie sektor dla dziennikarzy został otwarty i można było zająć miejsca. Niestety okazało się, że widok na płytę boiska znacznie ogranicza nam strop trybuny znajdującej się nad nami. Ale czymże były te niedogodności w porównaniu z samym faktem, że oto byliśmy na Mestalla w oczekiwaniu na pierwsze spotkanie Valencii w nowym sezonie!

Ostatnia godzina przed meczem upłynęła bardzo szybko. Najpierw spotkaliśmy redaktorkę magazynu „Ole!” Jolę Zasępę, a potem obserwowaliśmy przygotowania do meczu. Krótkie rozgrzewki, początkowo bramkarzy obu zespołów, następnie całej drużyny gości (znów przy akompaniamencie gwizdów) i wreszcie piłkarzy „Nietoperzy”, których wejściu na murawę towarzyszył motyw muzyczny z filmu „Piraci z Karaibów”. A potem szybkie rozłożenie reklam, występ orkiestry, która grając klubowe piosenki okrążyła boisko, jakby chciała okadzić je przed złożeniem na nim ofiary z Malagi. Wreszcie na murawie pojawili się gotowi do gry piłkarze, nastąpiła szybka prezentacja, przywitanie, mobilizacja i zaczęło się…

Gra w pierwszej połowie nie porywała, nie przeszkadzało to chyba jednak kibicom, którzy cały czas głośno dopingowali zespół, choć uczciwie przyznać trzeba, że prym wiodła jedna trybuna (na pytanie która każdy fan Valencii jest chyba w stanie sobie odpowiedzieć sam). Żałowaliśmy tylko, że widoczność bramki, do której - zgodnie z naszymi życzeniami -piłka w pierwszej połowie miała wpadać często, była mocno organiczna. Podobne trudności mielibyśmy z oglądaniem rajdów Bernata czy Fede, gdyż bocznej linii na lewym skrzydle Valencii nie widzieliśmy praktycznie wcale. 45 minut upłynęło bardzo szybko, a w przerwie wyszliśmy rozejrzeć się po Mestalla.

Wychodząc do góry po schodach znaleźliśmy się na krytej trybunie, tej samej, która perfidnie psuła nam widok z miejsc dla prasy. I już wiedzieliśmy, że żadna siła nas z tej trybuny nie ściągnie. Ponieważ szczęśliwie na meczu nie było kompletu kibiców, stadionowi stewardzi zaproponowali nam, by zająć wolne miejsca. Dzięki temu wrażenia z drugiej połowy były o wiele większe, łatwiej było też zrobić grającym piłkarzom zdjęcia. Cieszymy się z faktu, że Ricardo Costa zwlekał ze strzeleniem bramki do drugiej połowy, ponieważ mogliśmy siedząc na normalnej trybunie mogliśmy zobaczyć moment zdobycia gola i uczestniczyć w radości otaczających nas kibiców, gdyż koledzy dziennikarze – jako rutyniarze – nie przejawiali raczej emocjonalnego stosunku do oglądanego spotkania.

Druga połowa minęła jeszcze szybciej niż pierwsza, ale na tym atrakcje się nie skończyły. Razem z pozostałymi dziennikarzami przeszliśmy do sali prasowej, w której miała odbyć się pomeczowa konferencja. Pierwszy na sali pojawił się trener Malagi Bernd Schuster (rozmowa z nim była bardzo krótka), a chwilę później zastąpił go entrenador Valencii Miroslav Djukic. Niestety niewystarczająca znajomość hiszpańskiego nie pozwoliła mi na wdanie się w rozmowę. Po konferencji z trenerami jeszcze krótki wywiad ze zdobywcą bramki Ricardo Costą, a potem przeszliśmy do mixed zony oczekując na piłkarzy opuszczających stadion. Wkrótce okazało się jednak, że dziennikarze piłkarzy się nie doczekają, bo w międzyczasie zdążyli już oni opuścić szatnię. Nie pozostawało więc nic innego jak po wieczorze pełnym niezapomnianych wrażeń wrócić do hostelu, choć nie obyło się bez jeszcze jednego spojrzenia na murawę Mestalla.

W kolejnych dniach na nasze wargi odruchowo cisnęła się melodia „Amunt Valencia”… A ponieważ droga powrotna wiodła przez Barcelonę, postanowiliśmy odwiedzić słynny Camp Nou oraz sklep Dumy Katalonii, aby zrobić tam pamiątkowe zdjęcia…

AMUNT VALENCIA!

Szczególne podziękowania kierujemy pod adresem Redakcji VCF.PL, zwłaszcza Mateusza Stysia, oraz redaktorów ¡Olé! Magazynu: Jolanty Zasępy i Dominika Piechoty, którzy pomogli nam zdobyć akredytacje.

Fotografie: Anna Kwiatek

Po więcej zdjęć zapraszamy tutaj: klik!.

Kategoria: Felietony | własne skomentuj Skomentuj (9)

KOMENTARZE

1. Maciek_198528.08.2013; 19:38
Maciek_1985"A ponieważ droga powrotna wiodła przez Barcelonę..." no to nie wypadało nie zaśpiewać zgodnie ze zwyczajem Valencianistas Polonia słynnego "Puta Barca Puta Katalonia"!
2. szogun28.08.2013; 19:40
Tak sobie myśle ,że kibicowanie tej samej drużynie przez braci rzadko się zdarza.Fajna relacja.
3. Ulesław28.08.2013; 20:05
UlesławMarcin to sezonowiec ;)
4. VdV2329.08.2013; 11:08
VdV23Ekstra !! ;)Jako ,że do grania na NM jeszcze sporo czasu, mam nadzieję ,że uda mi się być na meczu VCF jeszcze na starym stadionie ;)
5. szaman1729.08.2013; 12:07
szaman17Mogę prosić o kontakt do Marcina też wylatuje w poniedziałek i mam kilka pytań. Mój email to olszewskiarek@wp.pl. Dzięki
6. Nevan29.08.2013; 14:25
NevanZapytanie powędrowało do Łukasza. Czekamy na Twoją relację. ;)
7. Marcin Kwiatek29.08.2013; 14:42
Do Szamana
Napisałem do Ciebie maila, napisz w czym mógłbym Ci pomóc, pozdrawiam
8. pajacyk30.08.2013; 08:36
pajacykFajna relacja.
Tylko pozazdrościć. Też kiedyś planowałem wyskoczyć w okolice Walencji na tydzień wakacji i przy okazji zabrać piękniejszą połówkę na Mestalla, ale jakoś się nigdy nie złożyło... Może za parę lat, jak dzieciarnia podrośnie, to się w końcu zdecyduję...
9. Pitterek2530.08.2013; 18:30
heheh byłem kilka razy na meczu Valecnii FC i mam zdjęcia z piłkarzami, nawet z byłymi gwiazdami jak Villa czy Mata, Baraja ...heh czyli jestem lepszy niż akredytowani reporterzy VFC.pl, którzy zdjęcia sobie nie zrobili :( poza tym nie ma co się podnicac na temat dopingu na Mestalla, ponieważ oprócz jak to piszący artykuł nazywa, że wiadomo który to sektor to ja napisze, że Curva Nord w płd- wsch narożniku stadionu, to nikt nie kibicuje hiszpanie siedza i oglądaja mecz jak kobiety wenezuelskie seriale wpatrzeni i obgryzający paznokcie. Tak że naszym kibica powinni hiszpanie buty czyścic... panowie piłkarze polskiej ligi za taki doping, który macie najlepszy w Europie, to powinniście płacic faną grube pieniądze, biorąc pod uwagę wasz poziom gry. dalej nie będe komentował...PS. jeżeli kiedykolwiek ktoś będzie chiał wyjechać na mecz do Valencii, polecam się i pomogę zorganizować wyjazd łącznie z kupnem biletu i gwarancją pożądnego miejsca na trybunach (z wyłaczeniem narożników, miejsc za bramkami i siedzenia wysoko pod chmurami oraz napewno zaden dach nam widoku murawy nie zasłoni) oczywiście robię to dla przyjemności bez zadnego zysku z czystej sympatii do mojej kochanej Valencia FC...podaję maila pppwks@wp.pl zainteresowanych prosze pisać Miło by było wyjechac grupą i zaznaczyć obecność Polskiego Fan Klubu naEstadio de Mestalla, Pozdrawiam Amunt Valencia :)