VCF.pl - Strona Główna
Panel użytkownika załóż konto przypomnienie hasła
RSS RSS

VALENCIA CF – AKTUALNOŚCI

Vicente: „Chciałbym móc poznać swój sufit”

Michał Kosim, 05.02.2019; 04:56

Rozmowa legendarnego skrzydłowego

W obszernym wywiadzie dla Las Provincias Vicente Rodríguez, przez 11 lat reprezentujący barwy Los Ches, a obecnie członek sekretariatu technicznego klubu, poruszył wiele bardzo ciekawych kwestii: przegrany finał Ligi Mistrzów z 2001 roku, mistrzostwo 2002, dublet 2004, sekret sukcesu ówczesnej Valencii, Jaume Ortí, śmierć ojca, szacunek w futbolu, kontuzje czy... zmiana ustawienia wbrew woli Koemana w wygranym finale Pucharu Króla.

Czy czujesz dumę z powodu bycia jednym z najbardziej uwielbianych piłkarzy w klubie, który właśnie świętuje stulecie swojego istnienia?

Jako walencjanin i Valencianista jestem dumny, że mogłem bronić barw Valencii oraz że kibice ciepło mnie wspominają. Myślę, że w złych chwilach, które miały miejsce w tym sezonie widać było, że fani zawsze wspierają swój zespół. To jest najważniejsze.

Pamiętasz dzień, w którym zadzwoniła do Ciebie Valencia?

Nie pamiętam konkretnie dnia, ale byłem wtedy bardzo młody. Miałem 18 lat i to były bardzo emocjonujące dni dla mojej rodziny. Moment, kiedy mówią ci, że podpiszesz kontrakt z Valencią odciska na tobie piętno na zawsze.

Podpisałeś umowę kilka tygodni po finale Ligi Mistrzów z 2000 roku.

Myślę, że przyszedłem w idealnym momencie, bo Valencia była wtedy na topie. Oglądałem ich w telewizji, będąc graczem Levante grającym w Segunda. Dzielenie szatni z piłkarzami, którzy doszli do pierwszego finału Ligi Mistrzów było czymś wyjątkowym. Na początku myślałem, że zostanę od razu wypożyczony, ale zostałem w klubie i miałem możliwość brania udziału w tym wszystkim, co stało się potem.

Spodziewałeś się tego, że już rok później Ty także zameldujesz się w finale Champions League?

Nie – prawda jest taka, że nawet sobie tego nie wyobrażałem. W tamtym okresie wszyscy myśleli, że Valencii będzie niezmiernie ciężko powtórzyć finał Champions League. Coś takiego zdarza się raz na 50 lat. Żal, że nie udało się zdobyć tytułu grając przeciwko Bayernowi na San Siro.

Ile razy widziałeś powtórkę tej nieszczęsnej serii jedenastek?

Niewiele, bo ta zadra siedzi głęboko i ciężko się jej pozbyć. Rozmawiając wiele lat później z kolegami z zespołu – żadne ze wspomnień nie wyparowało z naszych głów. Lepiej już tego nie oglądać.

To był Twój najtrudniejszy dzień jako zawodowca, biorąc pod uwagę jedynie aspekt sportowy?

Tak. Sportowo był to mój najtrudniejszy dzień w karierze. Valencia przegrała finał już rok wcześniej i bardzo ciężko było pogodzić się z faktem, że nie wygraliśmy tego meczu. Byliśmy bardzo blisko tytułu, bo przy wyniku 1:1 mieliśmy okazje do wygrania finału i nierozgrywania serii rzutów karnych. Dotknęliśmy pucharu koniuszkami palców, ale ostatecznie nam się wymknął. To było bardzo trudne.

Kto by pomyślał, że rok później dosięgniecie nieba.

To pierwsze mistrzostwo ligi z 2002 roku, przypieczętowane w Maladze, było symbolem naszej generacji. Byliśmy przekonani, że projekt Valencii był dobry, bo dwa finały Ligi Mistrzów z rzędu nie mogą być dziełem przypadku. Trzeba było niezłomnie próbować.

Co pamiętasz ze świętowania na La Rosaleda?

Tym, czego nigdy nie zapomnę był moment, kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, a my patrzyliśmy na siebie nawzajem. Wtedy dotarło do nas, że jesteśmy mistrzami ligi. Zobaczyć radość w oczach Barajy, Albeldy, Ayali czy Cañizaresa tak samo, jak oni widzieli ją w moich... to było coś pięknego. Jako Valencianistas czuliśmy dumę, przywracając klub na szczyt po tylu latach. Rzecz jasna to, co działo się w Maladze było niczym w porównaniu z szaleństwem, jakie zastało nas w Walencji.

Zawodnicy, którzy byli częścią tamtego zespołu stale powtarzają, że te obrazy są nie do zapomnienia.

Bo są. Później zdobyliśmy więcej tytułów i mieliśmy kolejne okazje do świętowania, włącznie z dubletem z 2004 roku, ale to, co działo się, kiedy wróciliśmy z Malagi w 2002 roku było niesamowite. Walencja była pełna ludzi na ulicach, którzy szaleli razem z nami. Nasz autobus ledwo wydostał się z Manises (miejscowości 8 km na zachód od Walencji, gdzie leży port lotniczy Walencja – przyp. red.) z powodu ogromu ludzi, jaki tam się znajdował. W drodze do placu ratuszowego widzieliśmy balkony obwieszone flagami, a za sobą mieliśmy legion fanów eskortujących autobus na motocyklach. Na samą myśl o tym mam ciarki.

Do tego wachlarz Jaume Ortíego w Maladze... O Ortím nie da się zapomnieć. Myślisz, że wszyscy mamy obowiązek przekazywać nowym pokoleniom Valencianistas to, ile znaczyły postacie jego pokroju?

Tak, pełna zgoda. Jaume Ortí był jedną z najlepszych osób, jakie przewinęły się przez klub w jego dotychczasowej historii. Dla valencianismo był punktem odniesienia, szanowaną postacią, a w moim przypadku bardzo ważną osobą – był dla mnie jak drugi ojciec. Był jednym z tych, którzy najbardziej nalegali na to, bym mógł dołączyć do Valencii. Był wielkim człowiekiem. Myślę, że w czasach, w jakich teraz żyjemy jest to dużą wartością. Zawsze był blisko nas i bardzo nas kochał.

Życie niesie śmierć – jak ta Ortíego. Ty też niedawno tego doświadczyłeś. Czy jesteś typem osoby zadającej pytania w stylu „dlaczego tak się stało”?

Prawdę mówiąc – tak. Śmierć mojego ojca (w listopadzie 2018 roku – przyp. red.) była jedną z tych rzeczy, których się nie spodziewasz i na które nie jesteś przygotowany, bo był w bardzo dobrej formie. W końcowym rozrachunku musisz zmierzyć się z tym z maksymalnym hartem ducha i siłą. W moim przypadku jestem bardzo dumny, że mogłem dzielić z nim – Valencianistą na śmierć i życie – lata, w których zdobywaliśmy tytuły. Teraz, gdy nie ma go już przy mnie jest to wspomnienie, które sprawia, że jestem szczęśliwy.

Jak prezydent klubu przeżył wygwizdanie podczas prezentacji zespołu przed sezonem 2003/2004?

Biedak wiele przeszedł tamtej nocy. Naprawdę wiele. Na koniec życie weryfikuje wszystkich i Jaume Ortí będzie na zawsze zapamiętany jako prezydent ostatniej złotej ery Valencii. Jestem przekonany, że wielu ludzi, którzy tego dnia go wygwizdali z czasem miało wyrzuty sumienia. Jaume był serdeczny, był też Valencianistą od stóp do głów.

Jak mówisz – później tego żałowali. Tamten sezon zakończył się zdobyciem dubletu, a Valencia została uznana najlepszym zespołem na świecie.

To był sezon idealny. Wygranie ligi i Pucharu UEFA przy poziomie, jaki reprezentowały wtedy kluby w Hiszpanii i Europie było czymś nie do pomyślenia.

Co było siłą tamtej szatni, jej sekretem?

Siłą było to, że wszyscy bardzo dobrze się ze sobą dogadywaliśmy. Posiadaliśmy połączenie doświadczenia i młodości, natomiast sekretem było to, że młodsi zawodnicy bardzo szanowali weteranów. Myślę, że to wartość, którą trochę w piłce zatracono. Ta dobra atmosfera była transmitowana w trakcie meczów. Kiedy ktoś nie grał, nic się nie działo – kibicowało się koledze. Nie było skrzywionych min. To był sekret słynnych rotacji Beníteza.

Mówisz o szacunku. Czy to jedna z wartości, którą zatracamy?

Tak. Ostatecznie piłkarze młodzi – a tacy jesteśmy bądź byliśmy przecież wszyscy – muszą czerpać wiedzę od ekspertów. To jak z ojcem uczącym syna. Kiedy jako 18-latek dołączasz do szatni, w której są 32 czy 33-latkowie, ten 18 czy 19-letni młokos musi nauczyć się więcej słuchać niż mówić. Chłonąć te dobre rzeczy. Kiedy dołączyłem do szatni Valencii podglądałem Cañizaresa, Ayalę, Carboniego, Pellegrino, Anglomę... Muszę przyznać, że w moim przypadku to było łatwe (uśmiech), bo zespole byli także Albelda czy Baraja, którzy co prawda nie byli jeszcze starymi wyjadaczami, ale mimo to już byli punktem odniesienia.

Brema. To tam zaczęła się Twoja gehenna z kolejnymi kontuzjami kostki.

To prawda, że doznałem urazu w tamtym meczu, ale moje problemy zaczęły się wcześniej. To wydarzyło się w Bremie, ale równie dobrze mogło stać się tydzień wcześniej. Kontuzje są częścią futbolu. Nie doznasz urazu, jeśli nie grasz. Chciałbym jednak móc dowiedzieć się, gdzie był mój „sufit”.

Dużo mówiło się o Twoich złych relacjach z lekarzami Valencii.

Zgadza się, z lekarzami miałem swoje dyskusje – to coś, co zdarza się w każdej sferze życia – ale zawsze miałem z nimi dobre relacje. Nie mam do nikogo pretensji. Bardzo dobrze dogaduję się z Jordim Candelem, który był wtedy odpowiedzialny za sztab medyczny. Na pewno zrobił co mógł, by mi pomóc, ale to była skomplikowana kontuzja. Nie winię go.

I wtedy przyszedł Koeman.

Bardzo męczyliśmy się w lidze za Koemana na ławce trenerskiej. To był trudny czas, bo praktycznie nikt nie mógł się z nim dogadać. Było nam ciężko, bo widzieliśmy, że nie wygrywamy spotkań i spadliśmy do strefy spadkowej.

W finale Pucharu Króla z 2008 roku z Koemanem na ławce zespół zadecydował samodzielnie zarządzać systemem gry czy to tylko miejska legenda?

Tak rzeczywiście było. Mieliśmy bardzo dobrych piłkarzy, ale Koeman nie potrafił sprawić, że wszystko się zazębi i zmieniał pozycje zawodników. Wreszcie po rozmowie z kolegami z zespołu zadecydowaliśmy, że ci, którzy wybiegną na murawę zagrają na swoich naturalnych pozycjach. Koniec końców każdy znalazł się na swoim miejscu i wygraliśmy finał.

Daj spokój, przed meczem na tablicy było rozrysowane jego 4-3-3.

Tak, mniej więcej. Mata był wystawiony na prawym skrzydle, nie na swojej pozycji, podobnie było chociażby z Silvą. Finalnie podjęliśmy decyzję, że każdy zagra tam, gdzie jego miejsce. I wygraliśmy finał. Mieliśmy świetny zespół. Jeśli spojrzy się na takie nazwiska jak Villa, Silva, Mata, Baraja, Albelda, Marchena, Cañizares, Morientes, Joaquín... nie było logicznego wytłumaczenia dla dojścia do momentu takiej niepewności i zagrożenia w postaci spadku. Nic nie układało się tak, jak powinno podczas treningów, a praca nie przynosiła owoców.

Czy błędem było niecelebrowanie tego triumfu z Koemanem w Pucharze Króla?

Tak. Kiedy zdobywasz tytuł zawsze musisz go świętować, ale klub zadecydował inaczej. Bardzo niesprawiedliwym jest dla mnie to, że Villa czy Silva nie mieli okazji przeżyć czegoś tak pięknego, jak my kilka lat wstecz. Kiedy wygrywasz trofeum zawsze musisz je celebrować, choć musielibyśmy trochę na to poczekać – do momentu obrania odpowiedniego kursu w lidze.

Jak zareagowaliście w dzień informacji o tym, że Koeman odseparował od składu Cañizaresa, Albeldę i Angulo?

Było nam okropnie. W moim przypadku mówiliśmy bardziej o przyjaciołach niż kolegach. Poprosiliśmy o wyjaśnienie sytuacji, ale nikt nie podał nam powodów tej decyzji. Zapytaliśmy też Koemana, który powiedział nam tylko tyle, że to postanowienie klubu. Nie do zaakceptowania jest to, że trzech tak zasłużonych dla historii Valencii zawodników zostało odsuniętych od zespołu w takich okolicznościach.

Czemu ta generacja graczy nie osiągnęła większych sukcesów z Valencią?

W tamtych latach na poziomie wewnętrznym w Valencii działo się wiele rzeczy. Niemożliwym było zatrzymanie Silvy, Villi czy Maty na długo. Valencia zawsze była klubem sprzedającym zawodników. Miała okazję, by zarobić duże pieniądze i z niej skorzystała.

Kategoria: Wywiady | Las Provincias skomentuj Skomentuj (2)

KOMENTARZE




1. Valencianistas05.02.2019; 19:02
Koeman to najgorsze co się przytrafiło Valencii i Rodriguezowi
2. zompson06.02.2019; 11:21
Ciarki mnie przeszły na wspomnienie wywalenia Canizaresa i Albeldy przez tego pawiana.
Dzięki za przetłumaczenie wywiadu!