VCF.pl - Strona Główna
Panel użytkownika załóż konto przypomnienie hasła
RSS RSS

VALENCIA CF – AKTUALNOŚCI

Curro: „Ferrán jest szczególnym przypadkiem”

Michał Kosim, 03.05.2018; 14:15

Obserwacje piłkarza i trenera

Curro Torres, przez lata prawy obrońca Los Ches, a później trener Mestallety, spotkał się z Davidem Garrido z La Liga Lowdown. Opowiedział o sekrecie Valencii, która zdobyła dwa mistrzostwa Hiszpanii i Puchar UEFA, o metodach szkoleniowych Rafy Beníteza, o tym, co czuje kontuzjowany piłkarz, a także przeanalizował sytuację wychowanków „Nietoperzy”.

Curro, bardzo ci dziękuję – jestem zachwycony możliwością rozmowy z tobą i chciałbym podziękować zarówno za nią jak i za poświęcony przez ciebie czas. Zacznijmy od twojej kariery piłkarskiej: rok 1997, 1999, Valencia Mestalla i wreszcie pierwszy zespół Valencii. Kto był twoim największym wzorem do naśladowania w tamtym okresie?

Nie miałem możliwości, które mają trenowani przeze mnie piłkarze. Przyszedłem tutaj, do Valencii, ze skromnego klubu (Curro dołączył do Mestallety w 1997 roku z UDA Gramenet – przyp. red.), w którym wspinanie się po kolejnych szczeblach wymagało ode mnie wiele wysiłku. To prawda, że zawsze miałem szczęście bycia między grupą przyjaciół, bycia szanowanym. Musiałem wiele poświęcić i udało mi się na to zdobyć.

Kiedy tu przybyłem, przede wszystkim skupiłem się na obserwowaniu profesjonalistów z seniorskiej ekipy – tych z dobrą etyką pracy, mających jasną wizję tego, czego chcą. Miałem dobrego nauczyciela w postaci Jocelyna Anglomy, który był tu, w Valencii - pomagał mi, gdy byłem w Valencii Mestalla, a także wtedy, gdy byliśmy już kolegami z pierwszego zespołu. Wszyscy byli skromnymi ludźmi, którzy ciężko pracowali i którzy osiągnęli sukces właśnie poprzez ciężką pracę. Zawsze powtarzam, że w futbolu są dwa rodzaje piłkarzy: ci, którzy mają talent i nie potrzebują wiele więcej, by odnieść sukces oraz ci, którzy muszą włożyć wiele wysiłku w pokonanie konkurentów i zawsze muszą utrzymywać bardzo wysoki poziom, by coś osiągnąć.

Więc do której grupy zaliczałeś się ty?!

Byłem piłkarzem, który nie był tak bardzo utalentowany! (śmiech)

Musiałem cię o to zapytać...

Kiedy mówię „talent” mam na myśli talent wrodzony, naturalny. Nie oznacza to, że ci piłkarze nie trenują ciężko, ale są zawodnikami, którzy mają w sobie coś innego niż cała reszta.

W temacie autorytetów: byłeś na wypożyczeniu w CD Tenerife, które wówczas trenował Rafa Benítez. Co jest najważniejszą rzeczą, jakiej cię nauczył lub jakiej ty nauczyłeś się od niego?

Rafa jest jedną z tych osób, które albo się kocha, albo nienawidzi. Wyciągnie z ciebie wszystko, co najlepsze, ale ma to swoją cenę. Na polu psychologicznym piłkarz często musi być w pełnej gotowości na ból, bo jest on trenerem bardzo metodologicznym i wymagającym w temacie swojej pracy taktycznej. Myślę, że jedną z rzeczy, która nas na tym polu połączyła są pewne pozytywne cechy charakteru, które miałem: ciężka praca, bycie skoncentrowanym i posiadanie boiskowej inteligencji. Później wszystko zależy od łutu szczęścia w kluczowych momentach i znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, by móc jak najlepiej wykorzystać swoją szansę.

W tamtym czasie zdobyłeś w Valencii dwa ligowe tytuły, a także Puchar UEFA... Jaki był sekret i magia, stojąca za wspomnianymi sezonami dominacji w hiszpańskiej piłce?

Pierwsza kwestia to trener – osoba, która organizuje grupę piłkarzy. Jak już wcześniej powiedziałem, on (Benítez) jest osobą metodologiczną, pracowitą i lubi mieć kontrolę nad niemal wszystkim. Później musisz posiadać kadrę, która respektuje to, co mówi trener. Wtedy wielu młodych piłkarzy właśnie się wybijało – jak Rufete, Marchena, Fábio (Aurélio)... My byliśmy tymi młodszymi graczami, którzy współtworzyli skład z zawodnikami w teorii będącymi blisko przejścia na emeryturę: Angloma, Carboni, Đukić, Cañete (Cañizares)... Mieliśmy najlepszego stopera na świecie w tamtym czasie – Ayalę, a także Pellegrino. Posiadaliśmy też dwóch najlepszych środkowych pomocników w Hiszpanii w osobach Pipo (Barajy) i Albeldy, innych graczy, jak Vicente... i napastników, którzy może nie byli uznawani za topowych, ale ta grupa piłkarzy pomagała im dobrze się spisywać.

Zgromadziliśmy się razem i na pierwszej sesji treningowej zaobserwowałem, że najstarsi zawodnicy zostawiali nas w tyle. Byłem więc tam jako 24-latek i pomyślałem: „albo będę biegał, albo moja obecność tutaj nie ma najmniejszego sensu”. To była mieszanka pracowitych, ofiarnych piłkarzy, z których niektórzy byli na bardzo wysokim poziomie.

Później – niestety – odniosłeś urazy, które odcisnęły swoje piętno na twojej karierze. Jaki psychologiczny wpływ mają one na piłkarza? Czy w takich sytuacjach czujesz się samotny?

Najtrudniejszy jest pierwszy raz, gdy ma to miejsce. Za każdym razem jest to trudne, ale szczególnie wtedy, gdy nie wiesz jak to jest. Nigdy wcześniej nie byłem kontuzjowany, nie zaznałem nawet niewielkiego pęknięcia. Nie byłem jednym z tych piłkarzy, którzy przerywają trening z powodu byle drobnostki. Byłem stosunkowo wytrzymały. Oczywiście, gdy wydarzy się to pierwszy raz jest to silny psychologiczny cios. Największą rolę odgrywa wtedy samotność. W ciągu kilku pierwszych dni otrzymujesz od ludzi mnóstwo wsparcia. Potem jednak możesz jedynie pracować, być cierpliwym... może płakać, gdy tego potrzebujesz. Ludzie u twego boku, czy to fizjoterapeuta, czy rehabilitant, stają się najważniejszymi osobami w twoim życiu, zaraz obok twojej rodziny. Musisz o siebie zadbać, bo w końcowym rozrachunku przestajesz grać, przestajesz robić cokolwiek. Jeśli nie będziesz uważać na swoje zdrowie to gdy wrócisz do sportu wszystko zacznie cię przytłaczać. Rola trenera jest ważna – sprawianie, że jesteś spokojny, gdy próbujesz wrócić po kontuzji zawsze jest istotne.

Wróciłeś do VCF Mestalli jako trener. W jakich okolicznościach pojawiła się ta okazja i skąd wiedziałeś, że jesteś gotów?

Kiedy zostaliśmy poproszeni o poprowadzenie jej, trenowałem jeden z młodzieżowych zespołów Valencii, zbierając doświadczenie, trenując chłopaków... Od zawsze wiedziałem, że to nie jest ścieżka, jaką obiorę – chciałem trenować w profesjonalnej piłce, ale pomyślałem wtedy, że bycie z chłopakami dzień w dzień zwiększy moje kompetencje, pozwoli się wyrwać...

Oczywiście, ma to swoją wartość...

Tak, ze względu na szereg różnych rzeczy i myślę, że musiałem to zrobić. Poza tym Rufo (Rufete), bardzo istotna postać, był wtedy dyrektorem sportowym Valencii i potrzebował mojej pomocy, więc zaoferował mi tę pracę i nie miałem choćby cienia wątpliwości. Czy byłem na to gotów... Przyjęcie tej pracy nie byłoby odpowiedzialne, gdybym nie był. Nie zrobiłbym tego. Zawsze uważałem się za gotowego i wierzę w to, co robię, wierzę w szanse, które otrzymuję oraz staram się wycisnąć z nich jak najwięcej. Szczerze mówiąc, miałem wiele do stracenia i niewiele do zyskania. To był jedynie krótki okres i kilka spotkań, ale odpowiedzialność spoczywa na barkach trenera – jak twierdzi wielu.

Powiedz nam o tej generacji – był jakiś gracz, który od początku wyróżniał się swoim talentem?

Prowadziłem dobrych graczy, dobrych piłkarzy. Każdy z nich miał inne umiejętności. Jeśli mowa o piłkarzach na szczeblu, na którym byliśmy, było kilku istotnych zawodników. Jeśli rozmawiamy o piłkarzach z długoterminowym planem osiągnięcia topowego poziomu, byli inni młodzi gracze, którzy mają wielki potencjał i którzy mogą mieć cechy pozwalające na wejście na sam szczyt. Trzeba ich jednak ciężko trenować, by je zachowali. Moim zdaniem najłatwiej jest „tam” dotrzeć. Trenowanie z pierwszym zespołem i zagranie jednego meczu nie jest tak trudne. Uważam, że trudniej jest to utrzymać – tym bardziej w takim miejscu, jak Valencia, gdzie klub i kibice wiele od ciebie wymagają. Z powodu lat, które wcześniej zmarnowaliśmy, naprawdę musimy robić wszystko jak należy, wywołać u nich podekscytowanie i sprawić, by czuli, że mogą identyfikować się z klubem, co wcześniej nie miało miejsca.

Myślę, że tym, co przydarzyło nam się w ostatnich latach... Powiedzmy, że w teorii zespoły rezerw są dla młodych graczy, ale ci gracze, kiedy wszyscy z nich są młodzi, mają wszystko na swojej głowie co sezon. Myślę, że ich rozwój i progres nie jest wtedy idealny. Klub musi obrać konkretny kierunek; musi potrafić oszacować, którzy piłkarze mogą być w przyszłości ważni czy kto ma potencjał, by wejść do pierwszego składu, ale poza tym wtedy uważaliśmy też, że potrzebujemy dwóch lub trzech innych zawodników, którzy mają doświadczenie w rozgrywkach. Kiedy utalentowany zawodnik nie jest zanadto spięty, myślę, że może naprawdę rozwinąć się znacznie lepiej. Uważam, że nawet, jeśli tylko jeden piłkarz zdoła awansować do pierwszej drużyny z zespołu „B” to już jest to osiągnięcie. W naszym przypadku od momentu, gdy przejęliśmy Mestalletę... nie powiem ci dokładnie, ale prawdopodobnie ośmiu lub dziesięciu graczy osiągnęło ten poziom lub przynajmniej mieli szansę go osiągnąć i teraz grają w Segunda czy Primera División.

Skupiając się na konkretnych piłkarzach: jest Carlos Soler, Ferrán Torres, także Toni Lato... Cała ta trójka jest członkami pierwszego zespołu. Myślisz, że dobrze przystosowali się do wyzwania, jakim jest gra w seniorskiej drużynie?

Cóż, jest w tej kwestii nieco wahań. Jest też Gayà, który jest sprawdzonym graczem i także wywodzi się z naszej szkółki. Kiedy jednak wejdziesz na ten topowy poziom bywa jak w przypadku Nacho Vidala, który nie gra tak często, jak by chciał; wkład Lato również się zmniejszył. Jedynym, który dostaje więcej minut jest Soler. Przy rywalizacji o miejsce w składzie na takim pułapie musisz pokazać, że prezentujesz bardzo wysoki poziom.

Ferrán jest szczególnym przypadkiem. Jest inny i zobaczymy, czy zdoła osiągnąć coś podobnego do tego, co zrobił Soler. To ciągle dziecko na poziomie, na którym rywalizuje w Valencii. Ferrán jest graczem, który otrzymuje boiskowe minuty i mogliśmy już obserwować jak robi różne rzeczy z wielką pewnością siebie. Jest jednym z tych szczególnych przypadków gracza w piłce nożnej, który pokonuje kolejne etapy robiąc wielkie postępy i mamy nadzieję, że nieprzerwanie będzie w stanie stawić czoła oczekiwaniom, które mają wobec niego nie tylko ludzie, którzy go znają, ale także ci, którzy się o nim dowiadują. Ci ludzie wiążą z nim wielkie nadzieje. Teraz musimy być wobec niego cierpliwi, bo ma zaledwie 18 lat i każdy musi wykonać swoją robotę jak należy, by był rozluźniony.

Muszę powiedzieć, że wszyscy wcześniej wymienieni piłkarze mają duże zdolności od strony mentalnej oraz psychologicznej i są w stanie uporać się z każdą sytuacją. Nie są szalonymi dzieciakami; są sumienni, ich życie rodzinne jest uporządkowane, więc są w tej materii gotowi i to jest ważne.

Ci zawodnicy mają bardzo istotny bagaż doświadczeń, który zyskali grając z tobą w Segundzie B i barażach (do drugiej ligi – przyp. red.). Inną osobą, która przygotowuje się do baraży jest twój i nasz przyjaciel – Rufete. Co o tym sądzisz? UD Ibiza w Tercera División (czwarta liga – przyp. red.), z Rufete na stanowisku trenera...

Spędził wiele czasu przygotowując się do szeroko pojętego świata piłki. Zawsze chciał zostać trenerem, to na pewno. Ale to to, o czym ci wcześniej mówiłem – czasem życie prowadzi cię inną drogą, by zrobić inne przydatne rzeczy, ale jego powołaniem jest bycie trenerem. Myślę, że go tam potrzebowali i ma niezbędne umiejętności, by dobrze wykonać swoją pracę. Myślę, że dla niego również będzie to cenne doświadczenie, że będzie mógł spróbować swoich sił – nie będzie jedynie stał obok trenera, mając inne obowiązki. Będzie mógł każdego dnia obserwować różne rzeczy, co też jest pozytywne. Nawet, jeśli w przyszłości skończy zajmując się czymś innym, myślę, że przyda mu się wiedzieć lub myśleć tak, jak na co dzień myśli trener.

Życzę mu wszystkiego, co najlepsze, bo to dobry, ambitny projekt i mamy nadzieję, że osiągnie swoje cele.

A co z tobą? Masz nadzieje, ambicje na najbliższe lata?

Tak, zawsze. Jestem negatywnie nastawioną osobą, bo wszystkim bardzo się martwię, jednak równocześnie jestem spokojny, bowiem myślę, że praca, jaką dotychczas wykonaliśmy (wraz ze sztabem – przyp. red.) jest dobra. Ogólnie mamy świadomość tego, że to trudny czas dla zespołów, bo wiele z nich rozgrywa dużo spotkań w końcowej części sezonu, więc musimy poczekać – także na to, aż ktoś na nas postawi i da nam możliwość prowadzenia porządnego projektu. Nasze doświadczenie zdobyte z Valencią Mestalla bardzo nam się przydało, tak samo to z Lorką; sprawiło, że mogliśmy się pokazać, że ludzie z branży mogli nas dostrzec w bardziej odległych miejscach niż Mestalla, mogli zobaczyć co sobą reprezentujemy i na co nas stać.

Kategoria: Wywiady | LaLigaLowdown skomentuj Skomentuj (1)

KOMENTARZE




1. KilyVCF04.05.2018; 17:00
KilyVCFKategoria wywiady to przy natłoku różnych spraw jedyna "valencka" rzecz którą czytam na tej stronie; wyciągnięta zakładka żeby było widać.
Im dłuższy wywiad, tym lepszy, większe prawdopodobienstwo że znajdą się niestandardowe pytania.