VCF.pl - Strona Główna
Panel użytkownika załóż konto przypomnienie hasła
RSS RSS

VALENCIA CF – AKTUALNOŚCI

Valencia vs. Eibar — zapowiedź

Michał Kosim | Krystian Porębski, 29.04.2018; 14:23

Przypieczętować świetny sezon

9 grudnia 2015 roku Mestalla porażką z Olympiquiem Lyon (0:2) w złym stylu pożegnała się z Ligą Mistrzów. Dziś, 872 dni później, ten sam stadion po końcowym gwizdku może świętować powrót do najbardziej elitarnych rozgrywek piłki klubowej. Warunkiem jest zwycięstwo z Eibarem, który podczas ostatniej wizyty na stadionie Los Ches zwyciężył aż 0:4.

1:5 z Interem w 2004 roku, 1:5 z Realem w 2007 roku i 0:5 – ponownie z Realem – w 2013 roku. To jedyne klęski Valencii na własnym stadionie w XXI wieku porównywalne do tej z poprzedniego sezonu, kiedy Eibar po dwóch trafieniach Sergiego Enricha oraz golach Adriána Gonzáleza i Daniego Garcíi upokorzył Valencię na własnym obiekcie. W świecie piłki rok to jednak i niewiele, i szmat czasu. W tamtym spotkaniu w barwach Blanquinegros debiutował Fabián Orellana, który przedwczoraj oficjalnie stał się piłkarzem właśnie Eibaru (w związku z czym będzie mógł dziś zagrać), w zgodzie z zapisem zawartym podczas jego wypożyczenia: klub prowadzony przez José Luisa Mendilibara zobligował się wykupić Chilijczyka, gdy zapewni sobie utrzymanie.

We wspomnianym meczu znaczna część Mestalla skandowała: „Peter vete ya”. Ten sam Peter – mowa rzecz jasna o Peterze Limie – ma obejrzeć dzisiejszy pojedynek z wysokości trybun i, być może, świętować razem z kibicami powrót do Champions League. Z tymi samymi kibicami. Nastroje są jednak tak odmienne, na jaką odmienność pozwala tylko rok. Rok z Marcelino, rok z Alemanym; rok z całym sztabem, który pomógł wyprowadzić zespół z pozycji, kiedy załamani kibice na pół godziny przed końcowym gwizdkiem opuszczali stadion, by dłużej nie cierpieć i by móc wygwizdać klubowy autokar, do momentu takiego, jak dziś – kiedy całe valencianismo może świętować powrót do elity klubowego futbolu.

By była ku temu okazja, a Valencia nie była już zależna od wyników Betisu i Villarrealu na trzy kolejki przed końcem sezonu, trzeba będzie rozprawić się z rywalem bardzo niewygodnym, z klarowną wizją tego, co i jakimi środkami chce osiągnąć. Trzeba będzie rozprawić się z Eibarem. To mecz na wielu płaszczyznach wyjątkowo symboliczny.

Z lotu Nietoperza

Na pytania odpowiedział Krystian Porębski.

Jak ocenisz ostatni mecz z Celtą i postawę Solera w środku pola? Myślisz, że jest trochę poszkodowany grając na prawej stronie w związku ze świetną, równą formą (również stricte fizyczną) duetu Kondogbia-Parejo, która nie pozwala mu częściej występować jako środkowy pomocnik?

Myślę, że Carlos Soler to przede wszystkim zawodnik, który od najmłodszych lat był przyzwyczajany do gry na różnych pozycjach. Zaczynał jako napastnik, a przed awansem do pierwszej ekipy zdążył nawet pograć jako pivot. Jaką pozycję na boisku powinien zajmować Soler? Nie wiem. Ale sądzę, że nie wie tego nawet Soler, Marcelino, ani żaden wielki trener, taktyk czy ekspert. Możemy dywagować, że jako typowy rozgrywający w środku pola może dyrygować zespołem i być cały czas pod grą, próbować wejść z głębi. Jako „10” miałby więcej kontaktu z napastnikiem, mógłby grać na jeden kontakt i przy okazji częściej oddawałby strzały. Jako skrzydłowy ma więcej szans na korzystanie ze swojej dynamiki, może pełnić rolę wolnego elektronu i poszukiwać wolnych przestrzeni – a jest w tym naprawdę dobry... Nawet w ataku miałby wiele jakości... Są tacy piłkarze, których trzeba odkryć. Przykładem z naszego podwórka jest Portu, na którego sposób odnaleźli w Gironie. Jest też człowiek wiekowo podobny do Carlosa – Marco Asensio. Czy możemy powiedzieć, że Marco to skrzydłowy? Chyba nie do końca. To historia bardzo podobna do Solera. Ja osobiście widzę Solera bliżej napadu – czy to na skrzydle, czy jako „10” lub podwieszony napastnik. Zwłaszcza póki mamy to szczęście, że środek pola zajmują dwaj bardzo równi i dobrze uzupełniający się zawodnicy. Dotyczy to oczywiście większości spotkań. Soler daje trenerowi możliwość zmiany taktycznej bez utraty jakości i to jest ważne.

W czwartek całemu zespołowi przedstawiono działanie VAR-u. Od przyszłego sezonu pomoże w znacznie lepszym sędziowaniu w Hiszpanii, czy będzie działać w zgodzie z przysłowiem „co ślepemu po oczach”? Wiem, że oglądasz też często Ekstraklasę, więc jestem ciekaw Twojej opinii.

Oglądam i bywam na stadionie. Jedną z największych kontrowersji związanych z VAR-em jest czas oczekiwania. Otóż jeśli chodzi o Ekstraklasę nie dało się tego tak odczuć. Oczywiście, również po weryfikacji zdarzają się błędy, ale dzięki temu systemowi, wielokrotnie sędziowie zmieniali mylne decyzje. Decyzje, które co ważne, również i dla telewidza czy kibica na stadionie, mogły się wydawać w pierwszej chwili jak najbardziej słuszne. Piłkarze biegają z GPS-ami, chwytają się najnowszych diet, są poddawani wielu zabiegom odnowy biologicznej... Do piłki technologia dotarła już dawno, choćby za sprawą Arsene’a Wengera. Natomiast zatwardziałe umysły futbolowych władz broniły się przed zmianą na lepsze w postaci wideoweryfikacji. Całe szczęście najlepsza liga świata wreszcie zrywa z tą głupotą.

Dziennikarze na ostatniej konferencji Marcelino dosłownie zamarli, gdy na pytanie o to, czy widzi siebie w Valencii na wiele lat odparł krótkim „nie”. Co prawda to w zgodzie z jego podejściem nie wybiegania w przyszłość, ale czy kibice „Nietoperzy” powinni mieć obawy, że mister odejdzie?

Tutaj krótko – nie. Marcelino to nie jest facet, który zaraz będzie szukał nowych wyzwań. Widać po transferach, decyzjach kadrowych, że buduje drużynę na lata. To samo miało miejsce w Villarreal, gdzie nie sądzę aby miał lepsze warunki finansowe, a przecież w czasie jego pracy przy El Madrigal (wtedy jeszcze tak się ten stadion nazywał), pojawiało się wiele pogłosek o zainteresowanych klubach. Marcelino zostaje.

Choć Marko Pjaca najprawdopodobniej wróci do Juve, to dwóch innych graczy Schalke – Matija Nastasić i Thilo Kehrer, których kontrakty upływają za nieco ponad rok – wciąż pozostaje w orbicie zainteresowań Los Ches. W ostatnich dniach z Vicente i Longorią widzieli się z kolei agenci Ivána Marcano, który tego lata mógłby przejść do Valencii za darmo. Widziałbyś któregoś z tych stoperów na Mestalla?

Ivána Marcano. Doświadczony, pewny, pogodzi się z ewentualną rolą rezerwowego. Nastasić niekoniecznie musiałby się tak zachować – choć jeśli nie miałby zbyt wygórowanych wymagań finansowych, mógłby się okazać fajną opcją. Mam mieszane uczucia co do Serba. Na pewno stać go na jeszcze więcej niż prezentuje i Valencia mogłaby nawet na nim sporo zarobić. Wolałbym jednak opcję hiszpańską i odczekanie na wprowadzenie juniorów, których również na środkowej obronie mamy bardzo zdolnych. Najważniejszy jest jednak transfer prawego defensora i na tym bym się skupił.

Mówi się też o dość zaskakujących nazwiskach z Eredivisie: Franie Solu i Manu Garcíi.

Fran Sol gra fantastycznie w Eredivisie, tego nie ma nawet co podważać. Jeśli miałby być jedynie uzupełnieniem składu, w obliczu wyższej ceny Portu – nie widzę problemu. W przypadku kiedy miałoby to być zastępstwo za kogokolwiek innego niż Vietto, byłby to ryzykowny ruch. Nie sądzę aby Hiszpan spisywał się lepiej niż świetnie grający w tym sezonie tercet napastników, ale jestem bardzo ciekawy jak Sol poradziłby sobie się w lepszej lidze.

A co z Zazą? Zainteresowanie nim miały wyrazić Milan i Roma. Włoch po znakomitym początku sezonu od 28 października zdobył zaledwie trzy bramki...

Numerem jeden w naszym napadzie jest zdecydowanie Rodrigo. Jak napisałem wcześniej: cały tercet w tym sezonie spisuje się świetnie. Nie jestem za sprzedawaniem któregokolwiek z zawodników. Zaza daje coś więcej niż tylko bramki. Walczy, zagrzewa kolegów do walki, przeszkadza rywalom w początkowej fazie akcji. Włocha po prostu nie da się nie lubić. Sprzedaż Zazy według mnie wchodzi w grę tylko wtedy, jeśli ktoś będzie niesamowicie zdeterminowany do jego wykupu i wyłoży na stół ogromne pieniądze... których szczerze mówiąc Simone chyba nie jest wart. Powyżej kwoty 50 mln € nie będzie się nad czym zastanawiać – choć wątpię, że ktokolwiek tyle za niego da.

Na koniec standardowo o dzisiejszym meczu. Na co musi uważać Valencia w spotkaniu z Eibarem?

Na samą siebie. Eibar tradycyjnie w drugiej części sezonu jest jedną z najgorszych drużyn w lidze. Zespół z kraju Basków notuje wyniki gorsze nawet od ekip, które już są pewne spadku do Segundy. Valencia musi być czujna przez 90 minut, podejść do tego spotkania na poważnie i nie zlekceważyć rywala. Eibar na ten moment argumentów czysto piłkarskich ma bardzo mało, może jednak wykorzystać stały fragment bądź błąd obrońców.

„Nie”

„Czy widzisz się w Valencii na wiele lat?” – zapytał Marcelino jeden z dziennikarzy na przedmeczowej konferencji prasowej. „Nie” – odparł krótko mister.

I zapadła cisza. Cisza spowodowana konsternacją, zaskoczeniem i strachem: że trener „Nietoperzy” po sezonie, który sam nazwał „cudem” czy – jak podczas tej samej, ostatniej konferencji – „wygraniem losu na loterii”, odejdzie. Mówiło się przecież o zainteresowaniu Napoli, a chętnych na zatrudnienie go w innych klubach z górnej półki zapewne nie będzie brakowało... To jednak nic zaskakującego dla nikogo, kto zdążył poznać Marcelino. Zapytany o to, czy nie chciałby być dla Valencii odpowiednikiem Cholo Simeone, odpowiedział: „[...] musimy skupić naszą uwagę na działaniu krótkoterminowym”. To nie sygnał, że odejdzie. To sygnał, że trzeba wreszcie skupić się na następnym meczu zamiast pytać o nowe kontrakty, transfery czy przyszłoroczną Ligę Mistrzów i wziąć sprawy w swoje ręce, a w tym przypadku – nogi. „Czuję się bardzo komfortowo w Valencii. Mam wszystko, czego potrzebuję, by być szczęśliwym w tej pracy” – zakończył konferencję mister.

Trans-Europe Express

W tym samym czasie Peter Lim odbywał tournée po Europie. W ostatnich dniach właściciel Valencii był w Porto, Londynie, Mediolanie i Barcelonie, a przed nim wciąż podróż do Paryża. Poza sprawami prywatnymi, Singapurczyk załatwiał także te związane z Valencią. Choćby w Portugalii widział się z Jorge Mendesem, agentem Guedesa, a we Włoszech spotkał się ze Stevenem Zhangiem – synem właściciela Interu, skojarzonego z Valencią osobami wypożyczonych graczy: Kondogbii oraz Cancelo. Dziś Lim ma zjawić się na Estadio Mestalla, by obejrzeć spotkanie z Eibarem i, w przypadku zwycięstwa, oficjalnie rozpocząć planowanie kadry na przyszłoroczną Champions League.

Zadać pierwszy cios

„Na początku tego sezonu nikt się tego nie spodziewał”. Tym razem to nie słowa Marcelino, a jego dzisiejszego vis-à-vis – Mendilibara. Nastroje w Eibarze są równie dobre, jak w Valencii. Klub z miasta, którego cała ludność zapełniłaby połowę Estadio Mestalla, na dobre zadomowił się w LaLiga i jest na najlepszej drodze, by trzeci sezon z rzędu zakończyć w okolicach środka ligowej tabeli (choć już bez towarzystwa w postaci drużyny Los Ches). Przez chwilę Armeros byli nawet na ustach całej Europy, będąc na przestrzeni kilkunastu kolejek jedną z drużyn w najwyższej formie spośród pięciu czołowych lig, co pozwoliło znaleźć się na miejscach gwarantujących udział w Lidze Europy. Choć ostatecznie obniżyli nieco loty i w przyszłym sezonie nie będą im dane podróże po Europie tak odległe, jak te Petera Lima z ostatnich dni, to nikt nie ma im tego za złe.

„Jesteśmy najłatwiejszym zespołem do analizy; nie robimy niczego niezwykłego. Kładziemy nacisk na to, co robimy dobrze i rzadko się zmieniamy: lubimy wygrywać drugie piłki, zagrać na skrzydło, wrzucić, oddać strzał. Każdy zespół czy każde media zajmujące się analizą wiedzą, co robimy każdego tygodnia”. Wiedzą, to prawda, tylko czasem ciężko z tą wiedzą coś zrobić. Eibar to długie piłki, gra skrzydłem, bardzo agresywny pressing i sprawnie wyprowadzane kontry. „Ten mecz będzie od nas wymagał szybkich reakcji na poziomie fizycznym i czysto piłkarskim, bowiem Eibar nie zostawia ci ani czasu, ani miejsca” – słusznie zauważył Marcelino. Mają jednak pewien duży problem: niemal nigdy nie wygrywają, gdy jako pierwsi tracą gola. Takie sytuacje w LaLiga były 72. Bilans – aż 55 porażek, 13 remisów i zaledwie cztery zwycięstwa. W kontekście ostatniego meczu Valencii na Estadio Mestalla z Getafe, gdy Los Ches stracili dwie bramki, które zdaniem mistera były „absolutnie do uniknięcia” i nie byli już w stanie odwrócić losów spotkania, pierwsze trafienie w dzisiejszej potyczce może być na wagę złota.

The Chaaampiooooons!

Będę szczery: nie wyobrażam sobie sytuacji, w której piłkarze Valencii i zgromadzeni na stadionie fani nie będą dziś chwilę po 20:00 świętować awansu do Ligi Mistrzów. Marcelino zapewne też: zamiast standardowej, 18-osobowej kadry zabrał bowiem na mecz całą dwudziestkę, którą ma do dyspozycji. W tym gronie zabrakło jedynie Coquelina i pauzującego za żółte kartki Garaya. Nie chodzi o brak szacunku względem Eibaru i niedocenienie ich klasy, w żadnym wypadku. Takich rzeczy po prostu się nie robi. To nieeleganckie. Ci ludzie czekają na powrót do Ligi Mistrzów i muszą mieć to na papierze. Ci na stadionie, Ci przed telewizorami. Ci, którzy mają Valencię w sercu. Jak ja. Miejsce Valencii, która w przyszłym roku obchodzić będzie setne urodziny, jest w Champions League. Po zwycięstwo!

Ostatni mecz z Eibarem:
Eibar wygrywa z Valencią

Przypominamy o tegorocznej edycji Forumowego Typera. Nagrody fundują sklepy ISS-sport oraz Fanzone.pl oferujące m.in. oficjalne koszulki piłkarskie VCF.

Kategoria: Mecze | własne skomentuj Skomentuj (1)

KOMENTARZE




1. patrickvcf29.04.2018; 17:13
patrickvcfMichał Kosim y Krystian Porębski

Jeśteście kozakami :D !!
Meeega napisane.
Obyśmy wygrali ;P